RELACJA Z REJSU NA SZPITZBERGEN
Kapitanem zostałem przez przypadek. Po zdaniu egzaminu na patent sternika
morskiego nie udało mi się zoorganizować żadnego "własnego"
rejsu. Na jacht
jechałem jako pierwszy oficer. Niestety problemy zdrowotne zmusiły
wlaściciela i armatora Maćka Roszkowskiego do powrotu do kraju. W ten
sposób
nadarzyła się wspaniała okazja na zdobycie doświadczenia kapitańskiego,
którego wciąż mi brakuje.Jednak wielka odpowiedzialność, za jacht, załogę
i
powodzenie naszej wyprawy była przyczyną kilku nieprzespanych nocy...
Dwie
godziny przekazywania łodki, map, dokumentów w Bodo ... i zostaliśmy sami
z
ambitnym dla nas celem - 11 dni rejsu na trasie Bodo Szpitsbergen. Dorota
(sternik morski) zostaje pierwszym oficerem, Robert drugim. Mamy też na
pokładzie dwóch jeszcze nie obytych z morzem żeglarzy - Maćka i Bartka
oraz
prawdziwy skarb w postaci Marka, który już rok wcześniej był na tym samym
jachcie na Szpitsbergenie. Jak się później okazało jego wiedza przydała
się
niezwykle. W porcie nie zostajemy długo. Przelot Bodo Harstad mija szybko
(
z powodu slabych, wiatrów na silniku). Zapoznajemy się z Hoornem i staramy
się, jak najlepiej przygotować do parodniowego płynięcia po morzu Barentsa.
Pierwsze dni po wypłynięciu z Harstad też są spokojne, płyniemy baksztagiem
z dobrą prędkością i wydaje się, że nasze pieniądze na paliwo będziemy
mogli
przeznaczyć na przyjemności. 120 mil przed Svalbardem musimy jednak
włączyć silnik, który nie cichnie już praktycznie do końca rejsu. Zaczynamy
wypatrywać lądu i lodu, z którym żaden członek załogi nie miał jeszcze
doświadczenia. Są. W pierwsze pole lodowe wpływamy 20 mil od Hornsundu,
jest
jeszcze dużo miejsca, a brak wiatru ułatwia nam żeglugę. Z każdą milą
robi
się coraz gęściej i gęściej. Wpływając do fiordu, w którym znajduje się
Polska Stacja Polarna musimy już bardzo ostrożnie maneworwać pomiędzy
krami.
Na nieszczęście przez te 7 godzin radykalnie zmieniają się też warunki
atmosferyczne. Zaczyna się sztorm, który jak się potem dowiadujemy ze
stacji
osiągał chwilami siłę 9 stopni. Przed nami fale i sztorm, za nami lód.
Przez
trzy godziny walczymy dzielnie z wiatrem, który okazuje się od nas
silniejszy. Do celu zbliżyliśmy się na nieco ponad 2 mile. Po rozmowie
z
bazą zawracamy (warunki nadal paskudne) i już po przepłynięciu 5 mil wiatr
"zdycha". Nasze niedoświadczenie i nieznajomość Szpitsberenu
daje o sobie
znać. Do Longyearbyen nie możemy się kierować (wyjście zagradza nam lód).
Po
raz kolejny zmieniamy tego dnia plany i już spokojnie (choć we mgle) na
silniku wpływamy do zatoki, nad którą lezy Stacja Polarna. Polarnicy goszczą
nas niezwykle serdecznie. Talerz gorącej zupy i mozliwość wykąpania się
sprawia, że czujemy się jak w raju. Wycieczka następnego dnia, oglądanie
(z
daleka) śpiącego niedzwiedzia i pełne zbiorniki ropy sprawiają, że wszystkim
wraca na twarz uśmiech po 6 dniach w morzu z lodami i sztormem. Jedyne
co
psuje nam humor to zablokowane wyjście z fiordu, które skrupulatnie
obserwujemy przez lornetkę. Przez cały wieczór po wypłynięciu próbujemy
się
przebić bliżej południowego przejścia, udaje się nam dopiero rano i to
na
pólnocy. Musimy już koniecznie płynąć do Longyearbyen! Podróż, aż do
Istfiordu mija bez większych przygód, poza spotkaniem z wielorybem i stadem
fok. Warunki lodowe pogarszają się przy fiordzie. Naokoło nas mleko.
Widoczność spada nawet do 50 metrów. Nie wiemy gdzie jest mniej lodu.
Dopiero nad ranem mgła rozwiewa się, zostaję wciągnięty na maszt. Przed
nami
po prostu ściana lodu, dla nas nie do przebycia. Zaraz potem Robert
wypatruje statek naukowy Norweskiego Instytutu Polarnego "Lance",
którego
kapitan zgadza się przeprowadzić nas przez lód. Płyniemy 20 m za statkiem.
Po 4 godzinach jesteśmy na wolnych wodach, a po następnych 3 na kei, gdzie
czeka na nas Waldek Brzozowski - mieszkaniec Svalbardu i uczestnik kolejnego
rejsu. Po drodze mijamy stojącego na kotwicy S/Y Eltanin z kapitanem Jerzym
Różańskim. Wszyscy szczęśliwi,że dotarliśmy przed terminem (Dorota, Rober,
Maciek i Bartek wracają następnego dnia samolotem). Szybka kąpiel, ruszamy
świętować nasz mały sukces i spróbować dla nas egzotycznych potraw:
wieloryba i foki. Czuję dumę, że udało mi się doprowadzić jacht do celu
bez
żadnyc strat. Duża w tym zasługa załogi, która wykazała się wspaniałym
poświęceniem (czasami ponad 7 godzin na wachcie w lodach) i żeglarskim
obyciem. Wiele zawdzięczam równierz Polarnikom z Hornsundu oraz kapitanowi
"Lance". Rano załoga wsiada do samolotu, a ja razem z Waldkiem
przygotowujemy się do 3 tygniowego rejsu wokół Szpitsbergenu...
Aleksander Ihnatowicz
Tekst ukazał się w listopadowym numerze Żagli |