Kiedy zaczęło się naprawdę?

KIEDY ZACZĘŁY SIĘ MARZENIA O MORZU I DALEKICH WYPRAWACH?
Żeglowaliśmy po Mazurach na BIAŁYM SŁONIU. To był pierwszy SŁOŃ i rok 1959. SŁOŃ był łodzią ratunkową, chyba z s/s DEMBOWSKI. Pierwsza przebudowa polegała na pokryciu płytą pilśniową bocznych ławek i pokładu na dziobie i zbudowania z tejże płyty najprostszej nadbudówki której tylną część zasłaniało się kawałkiem płachty. Owalne okna w bocznych ścianach Leszek po prostu wymalował niebieska farbą.
Był bazą kilku obozów wędrownych i nauczyliśmy się na nim manewrowania ciężką, dryfującą łodzią ożaglowaną jako kecz lugrowy, co było dobrą szkoła cierpliwości i sztuki żeglarskiej. Gdy zabrakło wiatru stawaliśmy w kilku na pokładzie i długimi wiosłami wiosłowaliśmy beznadziejnie ciężko. W ciągu dnia wędrowały na nim worki wszystkich uczestników obozu, zapasy i kuchnia a kilku pływało na dwóch Słonkach. Mazury w owym czasie były pustawe dzikie i zapuszczone. Kupno chleba i najprostszych konserw było ogromnym wyczynem. To wtedy, mieszczuchy, zobaczyliśmy jak od świtu ustawia się kolejka pod "spółdzielnią" po chleb. Potem nosili ten chleb w wiadrach, zastępowały im kosze, czy torby. Tam zobaczyłem ponownie oświetlenie lampą naftową i poczułem piękny zapach szyszek, którymi palono w piecach - wspomnienia najdawniejszego dzieciństwa. Wypływając z Giżycka wkrótce traciło się z oczu jego łunę, a do następnej w Mikołajkach była prawie cała noc żeglowania, w tym nocne burłaczenie na kanałach, halsowanie pod wiatr na mulistym jeziorze Kotek, gdzie kilka metrów poza ledwie widocznymi tyczkami było mulisto i można było utknąć na długo. Gotowaliśmy na ognisku bez względu na pogodę i uważaliśmy to za normalne. Do dziś pamiętam klimat tych obozów, przeładowanego SŁONIA, Słonki które miały przykazane nie oddalać się za bardzo, poranne i wieczorne apele, dyscyplinę zupełnie inną niż na obozach stałych, choć wcale nie słabszą.





Nad Tałtami na wprost wejścia do kanałów stał wiatrak i choć był nieczynny to nikomu nie przeszkadzał i obejrzeliśmy go dokładnie. Było to arcydzieło sztuki ciesielskiej i liczył sobie pewnie ze sto lat. Cała konstrukcja łączona była na zaciosy i drewniane kołki.
Las który rośnie tam na wzniesieniach był wtedy nieco ponad nasze głowy.
Pamiętam upalne lato z silnymi wiatrami, niezwykle silny szkwał, który zmusił SŁONIA do zrzucenia wszystkich żagli i gnał go w trzciny. Poznaliśmy wtedy możliwości wiatru i fali i choć nieco wystraszeni dumni byliśmy jak dzieci. Bo też byliśmy dziećmi. No może trochę starszymi dziećmi. Mieliśmy po 16 lat.
Dom (nazywaliśmy go domkiem babci) opuszczony na krótko przed naszą wizytą, bo zachowały się nierozszabrowane sprzęty kuchenne i zdjęcia rodzinne ludzi których zmuszono do wyjazdu, zdjęcia chłopaków w mundurach Wehrmachtu, staruszki i małych dzieci

Wraca czasem widok wysokiej bindugi na Nidzkim, a my gęsiego, w jednakowych mundurach wspinamy się pod górką. Poczułem wtedy jedność z tą grupą i że stanowimy pewną siłę. Coś z tego pozostało do dziś, bo nie tylko dla mnie te wspomnienia są ważnym punktem odniesienia. Kiedy na św. Macieja spotykamy się na śpiewaniu to potrafi się tu przewinąć do 40 osób.
Wacek Roel i jego opowieści z rejsów na CHROBRYM, które odbył zaraz po wojnie. Leszek był drużynowym i mieliśmy go stale, był trochę jak ojciec, a Wacek, wtedy jeszcze druch Roel, uczył nas żeglarstwa, a właściwie nie tyle samych manewrów, co cierpliwości, staranności, obowiązków w grupie, tej całej podstawy i właściwej motywacji do żeglowania. Jego opowieści z CHROBREGO i pływania jako młody chłopak na BATORYM. Nie nazwał tego nigdy w ten sposób ale dla niego żeglarstwo to był styl życia. To od niego dowiedziałem się, że praca przy łódce jest jak pływanie i wkrótce to zrozumiałem.
Nie dowiemy się już nic więcej od niego i od wielu innych poznanych tak dawno, bo rozproszyli się lub umarli, a z nimi ich wspomnienia i możliwość poznania historii, nie tej wielkiej i dalekiej, nie opowieści o szczególnie ważnych zdarzeniach ale tej będącej udziałem ludzi zwyczajnych, a przez ich wielość przypominającej gęstą materię naszego dzieciństwa. Chyba każde pokolenie robi ten błąd, że nie pyta, nie słucha i nie pamięta opowieści starszych, a kiedy zaczynamy mieć już jakąś swoja opowieść i chciałoby ją powiązać ja z pokoleniem poprzednim, z czasem odległym o kilkanaście, może dwadzieścia lat, tamci nie pamiętają, albo odeszli.

Wędrowny obóz drużyny stanął na Wierzbie, a Wacek zebrał kilku chłopaków i wyskoczyliśmy na Śniardwy. Było słonecznie, ale trochę mglisto, widoczność niezbyt dobra i po pół godziny nie widać już było brzegów. Wiatr już zacichał, ale pozostała fala. Prędko odrefowaliśmy grota i dostawili kliwra, którego dopiero co przerobiłem z foka do OMEGI wyhandlowanego od kogoś. SŁOŃ, gdy nie był przeładowany potrafił żeglować dość szybko. Prawdziwa fala, brak kontaktu z brzegiem, przedsmak zachodu słońca, rozproszone łagodne światło, może coś z atmosfery i światła na obrazach Turnera? Cieszyliśmy się pogodą, SŁONIEM i sprawnością w jego obsłudze, swoim towarzystwem . Bez słowa manewrowaliśmy łódką, która też poczuła oddech większej wody. Kręciliśmy się po tej wodzie trochę jak delfin dla którego pływanie też jest nie sposobem przemieszczania się, ale wyrażaniem siebie i swojej radości życia, jedności z naturą. Tę pierwszą namiastkę morskiego żeglowania pamiętam dobrze, a do zdjęć z tego czasu wracam chętnie do dziś. Wydawało mi się, że stawiam następny krok po patrzenie przez długie godziny na morze na wakacjach w Kołobrzegu, lekturze MORZA, kilku właśnie wydanych po okresie zamrozu książkach żeglarskich, i marzeniach.







Zostaliśmy w kilku po obozie drużyny i jeszcze raz objechaliśmy całe, pustoszejące już, Mazury.
Wracaliśmy kilkakrotnie na Śniardwy. Pod koniec sierpnia czas było już wracać. Tadka wysadziliśmy z garnkami na Czarciej, gdzie miał ugotować gulasz i kawę, a sami widząc, że skręcający i rosnący wiatr dopycha SŁONIA do brzegu postanowiliśmy go przestawić w przejście między wyspy. Wiatr na jeziorze wzrósł bardzo szybko i okazało się, że zniosło nas poniżej Pajęczej, wzrosła też fala. Okazało się wkrótce, że SŁOŃ nie daje rady podciągnąć na wiatr i dystans do wysp rośnie. Do steru siadł Fafik, najlepszy nas żeglarz, ale mimo balastowania i naprawdę dobrego żeglowania w najlepszym razie przestawaliśmy tracić wysokość. Zwroty przez rufę w miejsce kilku nieudanych "sztagów" pod wiatr i falę, sytuację pogorszyły. Dopiero po kilku godzinach ostrej walki, gdy wiatr w nocy ucichł doszliśmy wreszcie na miejsce biwaku. Tadzio spał, jedzenie wystygło, a myśmy byli skonani absolutnie. To była pierwsza taka ostra lekcja pokory i cierpliwości. Tak ją wtedy odebraliśmy, ktoś nawet to skomentował -"są rzeczy na wodzie, które się nie śnią nawet ...." To była właśnie szkoła Wacka i Leszka. Cierpliwość, staranność, pokora wobec natury. Ostatni motyw wieczornej rozmowy to było stwierdzenie, że nie daliśmy się, że na morzu pewnie jest podobnie. Bo morze "chodziło za nami" już bardzo mocno. Pierwsze po latach zastoju rejsy morskie, niedostępne jeszcze wtedy dla nas kusiły ogromnie. Namiastką były książki Slocuma, Alaina Gerbault, opowieści ojca który choć sam nie pływał miał przed wojną kilku znajomych żeglarzy. Kto wtedy rzucił myśl dalekiej wyprawy, oczywiście naokoło świata, już nie pamiętam. Takie marzenia szesnastolatków, dla których wszystko jest proste, bo nie przeżywaliśmy zawodów i rozczarowań, bo po prostu nie wiedzieliśmy jeszcze nic o życiu dorosłym. Ogromna większość ludzi przeżywa tego typu marzenia, potem je odrzuca jako niedojrzałe i śmieszne, nie wiedząc, że wierność młodzieńczym marzeniom może być siłą napędową, wewnętrznym kompasem i pociechą w chwilach trudnych. Uczy wytrwałości, a w efekcie buduje charakter.
Potem każdy poszedł w inną stronę i dziś, gdy już raczej bliżej nam końca niż początku, widać jak bardzo różne marzenia były potrzebne.
Było jeszcze wiele innych obozów, innych łódek i rejsów, w tym morskich. Na morzu zostali ci, którzy zrozumieli, że nie jest to środek do celu, a cel. Morze potrafi być naszym domem jeżeli nauczymy się jego reguł. Wtedy daje wolność, a dom staje się wielki i bez granic. Czym musimy zapłacić? Chłód, kołysanie, niezbyt urozmaicone pożywienie, problemy higieniczne.? Czy to cena wysoka? Pewnie dla wielu tak. Niektórzy się nudzą, każdy dzień jest taki sam, każda fala taka sama. Irytują koledzy, ich nawyki, chciało by się do swego środowiska, do domu. Tacy ludzie (nie oceniam ich, nie potępiam), czują się źle. Dawniej potrafili znieść wiele, aby dostać się za granicę, dla kobiet bywa to sposób być blisko kogoś.
Nie przesądzimy zalet, czy wad żeglarstwa morskiego. Jedni będą twierdzić, że woda jest co dzień taka sama, widoki monotonne i jest nudno. Inni oburzą się, jak można nudzić się w świątyni, przywołają Conrada.
Dla nas jest to życie w kondensacie, bo nasz świat się zmniejsza, ogranicza do pokładu i otoczenia, które nie jest ani wrogie, ani przyjazne, lecz jest przewidywalne, konsekwentne i celowe, jeżeli poznamy jego reguły. Ich stałość jest czymś wspaniałym po świecie i poza światem w którym reguł nie ma lub są po to żeby je łamać. Możemy skupić się na ludziach z którymi jesteśmy i dość prędko widać kto kim jest, czy można na niego liczyć. To chyba ludzie z którymi jesteśmy i ci których poznajemy są silną stroną żeglowania po morzu, bo poznawanie innych krajów to poznawanie ludzi, a poznawanie kolegów w swojej załodze to poznawanie siebie.