A KIEDY
ZACZĘŁO SIĘ NAPRAWDĘ?
Początki, żeglowanie na Wiśle Słonką, naszego późniejszego drużynowego, Leszka
Gasztycha? To jeszcze nie było to. Mieliśmy po 13 lat i w porównaniu z dzisiejszą
młodzieżą byliśmy chyba bardziej dziecinni. Nie było wtedy "muzyki młodzieżowej",
"mody młodzieżowej". Nikt się do nas nie zalecał i nie podlizywał
nie traktowano nas jako "segment rynku", ani "target".
Porządek był ustalony - młodzi słuchali starszych, starsi czuli się odpowiedzialni
za nich i za siebie. Mimo, że było to zaraz po upadku stalinizmu który nieźle
pamiętaliśmy, dla nas świat wydawał się przyjazny i otwarty. W szkołach uczyli
jeszcze przedwojenni nauczyciele i nikomu nie przychodziło do głowy krytycznie
komentować kościelnych kazań.
Gdy po pół dnia żeglowania w jesiennym silnym wietrze wpłynęliśmy na Świder
czułem się jak bohater "Wyspy Skarbów" L.I Stevensona. Niestety
nie dało się "zarzucić kotwicy", więc wyciągnęliśmy GOGO na piach
i po ukopaniu na pobliskim polu kartofli i kilku buraków upiekliśmy je na
ognisku. Potem było jeszcze kilka podobnych wypraw i biwaków, noclegi na wyspach
i wydmach wiślanych, kąpiele w Wiśle, które jeszcze nie zagrażały zdrowiu
i życiu, ogniska wieczorne. Tych kilkanaście wspólnych żeglowań scementowało
naszą kilkuosobową grupkę, powstawał kapitał wspólnych przeżyć, własny język
z typowymi określeniami, rozumieliśmy się w pół słowa.
Byliśmy członkami Domu Kultury Dziecka na Kole, a przystań znajdowała się
na Wale Miedzeszyńskim nieco poniżej SWOS. Był to mały budyneczek ( stoi tam
do dziś , przez wiele lat mieściła się tam firma handlująca wodą mineralną),
szopa na łódki i kawał wiślanego brzegu, nielitościwie płytkiego. Przestań,
jak się mówiło o sekcji żeglarskiej DKD, była naszym głównym punktem odniesienia
i każde wolne popołudnie, a przynajmniej dwa razy w tygodniu, spędzaliśmy
na niej, budując kajaki, potem remontując małe żaglówki, a już własnoręczna
budowa Słonki pod kierunkiem druha Tadka była wielkim wtajemniczeniem. Dla
mnie było to szczególnie atrakcyjne, bo wyniosłem z domu chęć majsterkowania
i pewne początkowe umiejętności.
Dziś myśląc o tym zdaję sobie sprawę, jak ważną funkcję spełniała ta przystań
i całe DKD z jego wieloma sekcjami dla młodzieży robotniczej Koła i Woli.
Wtedy nie zastanawiałem się nad tym zupełnie, a teraz widzę, że "starsi"
bo tak nazywano kolegów o kilka lat od nas starszych musieli pochodzić z rodzin
robotniczych i udział w budowie łódek, kajaków, żeglowaniu, wędrówkach po
całym kraju, imprezach kulturalnych organizowanych przez DKD przedłużał ich
dzieciństwo i młodość, dawał coś ważnego i mówiąc po prostu formował ich.
Nie wiem kim są dziś bo kontakty urwały się bardzo dawno, ale te kilka lat
w młodości zapewne wspominają jako ciekawą i ważną przygodę. Bez tego tradycyjnie
zostali by robotnikami fizycznymi i wpadli w kierat codziennego życia na poziomie
swego otoczenia. Dziś gdy cieszymy się wolnością i możliwościami żeglowania,
wyjazdów zagranicznych nie pamiętamy o możliwościach ludzi prostych, skazanych
na prace robotnicze. Dziś są one znacznie mniejsze, bo nie ma nawet tak skromnych
i ubogich perspektyw jak budowa kajaka i spływ Pilicą, czy Narwią. To nawet
nie zawsze sprawa pieniędzy, choć bez nich ani rusz, a wielu żyje na granicy
biologicznego przeżycia. Tym ludziom dziś nikt niczego nie zorganizuje, nie
nauczy i nie zachęci. Dzisiejsza oferta jaką życie składa człowiekowi adresowana
jest do silnych, wykształconych, zamożnych.
Prowadzony była ta przystań przez Mirka Witkowskiego, który zdążył zaraz po
wojnie załapać się na harcerstwo w 39 WDH i pod szyldem DKD stosował metody
harcerskie. Kilku najstarszych zostało wkrótce instruktorami i opiekowało
się "wachtami", bo nazwa zastępy byłaby niestrawna dla władzy. I
tak, jak się później dowiedziałem, czyniono Mirkowi wiele zarzutów o przemycanie
akcentów burżuazyjnego i sanacyjnego ZHP. Dziś brzmi to niezrozumiale, ale
do połowy lat pięćdziesiątych żartów nie było.
Mieliśmy
mundury wzorowane na umundurowaniu harcerskich drużyn żeglarskich sprzed wojny,
proporczyki, mówiliśmy do siebie druhu, witaliśmy się głośno "czołem".
Kilka lat temu przejeżdżałem przez Koło i zajrzałem na ul. Dobrogniewa. Po
baraku DKD były jeszcze świeże ślady, pewnie władzy zabrakło pieniędzy na
jego prowadzenie i jakieś łobuzy z gminy sprzedały atrakcyjną działkę na osiedle
dla dorobkiewiczów, lub biura "Grosshandel Export Import & Transit"
z Closet City Cal. USA. Teraz lokalni politycy mogą zapewniać o konieczności
walki z przestępczością nieletnich. Bo co innego ma do roboty nastolatek na
Kole lub Woli jak nie zostać bandytą.
![]() |
||||||||||
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
||
![]() |
||||||||||
![]() |
![]() |
|||||||||
| |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|