Terminarz rejsów 2011
 
PLANY NA SEZON 2011

Jedno nie ulega wątpliwości. Znowu Norwegia. Zależy mi na tym, by rosła grupa ludzi związanych z jachtem, którzy na nim przeżywają przygodę spotkania z innymi ludźmi i akwenami. Dlatego, wszyscy, którzy pytają jak w piosence "gdzie ta koja, gdzie jest ten jacht" mogą go znaleźć właśnie tu. Do grona krewnych znajomych i przyjaciół, którzy pływali z nami i którzy chętnie dołączą do każdego żeglarskiego pomysłu chcemy zaprosić nowe osoby. Jacht i jego załogi nie są zamkniętym kręgiem wzajemnej adoracji. Zależy nam na poszerzeniu grona, którym daje radość i przygodę, spotkaniu żeglarzy dla których najważniejsze jest z kim i gdzie można popłynąć Wierzymy, że wiele jest koleżanek i kolegów, którzy poszukują takiej właśnie propozycji i możliwości spędzenia czasu w gronie ludzi myślących podobnie. Warunków jest kilka. .;Po pierwsze trzeba chcieć, naprawdę chcieć. Trzeba zgodzić się na ograniczenia wygody, na pracę, bo rejs to również sporo roboty w tracie samego żeglowania. Trzeba mieć oczy i uszy otwarte i chcieć się uczyć, bo uczymy się żeglowania aż do śmierci.
Życie w kilka osób w tak ciasnej przestrzeni narzuca ograniczenia. Czy potrafimy się im poddać. A może pomyślmy pozytywnie i spróbujmy skomponować załogę ze znajomych, rodziny, przyjaciół. Sezon zaczniemy w czerwcu i na długo zapuścimy się w głąb fjordów,aby znowu zobaczyć wspaniałe widoki ośnieżonych gór, wąskie wysokie przejścia miedzy pionowymi ścianami, łowić ryby, od których czasem trudno się opędzić i jedyny problem to kto je oprawi i kto będzie jadł. Długi dzień, czysta woda, pustka, gdzie niegdzie przyjaźni ludzie, a przede wszystkim wspaniałe widoki spowodowały, że ostatnim sezonie jeszcze nie wysiedliśmy z jachtu w Górkach Zachodnich, a już było wiadomo, że musimy tam wrócić. Wyobraźcie sobie Wysokie Tatry, tylko długie nie na kilkanaście kilometrów, a na setki kilometrów.
Wyobraźcie sobie ponad tysiąc metrów prawie pionowej skały gnejsowej o kolorze grafitowym i lekkiej poświacie w Lysenfjordzie. Czasem na urwisku uchował się krzak kosówki, a wyżej mchy i porosty. Ze ścian spływają małe i większe siklawy. Niekiedy słychać ich szum, ale dominujące wrażenie to cisza rzeczy wiecznych. Tak było tam tysiące lat temu i tak będzie, gdy po naszych praprawnukach nie pozostanie nawet pamięć. Przy ładnej pogodzie wysoko zadzieramy głowę i daleko, daleko widać niebo. Największe wrażenie robi jednak głęboki fjord w dniu pochmurnym, gdy schodzi z gór mgła, lub gdy chmury zeszły poniżej płaskowyżu. U końca Lysenfjordu jest mała przystań, potoki jak pod Reglami, camping, gdzie koczują turyści i spadochroniarze skaczący ze skały na piarg u podnóża. Atmosfera jak w górskim schronisku, nikt nikomu nie zakłóca życia, wszyscy są sympatyczni i uśmiechnięci.
Gdy zdecydujemy się na wyprawę pieszą i wdrapiemy się na punkt widokowy cała zatoka jest wielkości pocztówki, a jacht jak główka szpilki. Gdzieniegdzie kilka lub kilkanaście domostw. Ludzie którzy tu mieszkają do domu płyną łódką, żyją z rybołóstwa i są szczęśliwi. Młody chłopak ciężko pracujący w warsztacie rybackim koło Kabelvaeg na Lofotach na moje zachwyty nad widokiem gór powiedział po prostu, "dlatego chcemy tu mieszkać".
Nie porównujcie twego do wyjazdów "na żagle" do Chorwacji, czy Grecji. To inny świat, inne przeżycia, inni ludzie.