Budowa jachtu w dobie...

Kadłub budowany był w Stoczni Rzecznej w Płocku. Dlaczego tam i jak się to odbywało to temat osobnej sagi.
Trwało to bez końca, bo ekipa wykonawców miała swoją robotę, a jacht budowali po godzinach pracy. Jazdy do Płocka były męczące, ale bardzo przyjemne. Po wielu latach planów i dyskusji "jacht naszych marzeń" powstawał nie tylko na rysunkach, szkicach w rozmowach i marzeniach , ale naprawdę. Każda para wręgów, każda przyspawana blacha to był krok do przodu. Szło to bardzo powoli ale szło. Każda wizyta kończyła się w Karczmie Słupskiej obfitą kolacją i zazwyczaj wracałem wieczornym autobusem w "stanie wskazującym na spożycie". Było to jednak doświadczenie ciekawe, bo ludzie budujący jacht byli osobami na wysokimi poziomie. Posiadali dużą wiedzę fachową i ogólną, dobrze widzieli bezsensy gospodarcze choć nie mieli większego rozeznania w sprawach politycznych i społecznych.



Jedną z wielu osób bez których całe przedsięwzięcie by się nie udało był Maciek Brzeski. Gdy go poznałem, jego kariera w stoczni wydawała się kończyć. Był kierownikiem małego placyku i stalowej budy w której wykonywano kotwice dla barek i pchaczy. Przedtem był szefem produkcji, a jeszcze przedtem szefem zakładowego ZMS. To on uznał, że pomysł budowania jachtu morskiego jest tego rodzaju szaleństwem, że należy pomóc, ktokolwiek tego szaleństwa by się nie podjął. I pomagał jak mógł do końca. Wielokrotnie spierał się z przełożonymi o bezsensy planowania i produkcji, starał się bronić ludzi przed samowolą i wyzyskiem. To dzięki niemu robotnicy wykonujący piaskowanie dostali zagraniczne kombinezony, bo przedtem robili to w zwykłych drelichach. Więc kariery w stoczni nie zrobił.
Potem oddziaływał na wykonawców jachtu już tylko perswazją i dobrym przykładem. Kiedy pod koniec budowy przyjechałem uzgadniać kwestie piaskowania i malowania spotkałem go i zaproponowałem, wyjście na miasto, kolację, bez żadnej zresztą szczególnej intencji, bo wiedziałem że picie wódki nie może być wyrazem wdzięczności za jego pomoc. Po prostu i tak musiałem zjeść kolację. Cicho, jakoś tak powiedział - "wiesz to nie jest w moim stylu". Pojechaliśmy jego Fiatkiem za miasto, w stronę Łącka, nad ładne, spokojne jezioro i tam przez dłuższy czas opowiadał o stoczni, o sobie. Pochodził z rodziny o autentycznych lewicowych, przedwojennych korzeniach i choć nie podzielałem jego poglądów był w nich bardzo uczciwy. Miał wyjechać do Stanów Zjednoczonych i kontakt się urwał. Podobnie zresztą jak z Januszem Pankowskim i Mirkiem Lewandowskim, głównymi wykonawcami.
Nie odezwałem się do nich potem i trochę mi wstyd i żal. Bo choć guzdrali się z tą robotą strasznie, to wielokrotnie widać było, że im ten projekt imponuje i myśl, że jachtem który zbudowali będzie się żeglować po świecie napawała ich dumą. tak było z pierwszym Hornem, który popłynął Marek do Stanów i na Aleuty, potem Leszek do Australii i tam już został.
No i po prawie 3 latach skończyli kadłub . Powstał problem wywiezienia kadłuba. Pismo na podstawie którego jacht budowano miało wątpliwą wartość i na dobrą sprawę nie było przez nikogo nigdy zaakceptowane. Dla mnie przez cały czas trwania budowy było tak ważne by sprawa się posuwała, że finał odsuwałem w myślach na później uważając, że jakoś to będzie.

1 2 następna

szkic pochodzi ze strony www.centromost.com.pl

 
 
Budowa jachtu w dobie rozwiniętej gospodarki socjalistycznej
Historia budowy

Dane techniczne